# 130
Nie lubię tych letnich ochłodzeń, nagle z 30 stopni robi się 12, a ja mam jakiś dysonans, bo nagle trzeba wytargać coś, co ma długi rękaw i jeszcze ta trauma, że może to już koniec lata, tylko w tiwi nie powiedzieli, żeby nie wywołać paniki na masową skalę. Dobrze, że w sierpniu jedziemy do Jeszcze Nie Wiem Gdzie, Ale Na Pewno Tam Będzie Ciepło, bo jak na razie we Wrocławiu nie ma szansy na to, żeby się opalić, a ja mam jakieś podejrzane schizo związane z tym tematem plus dobieranie trzydziestu odcieni pudru do każdej fazy opalenizny...
Nikt nie jest doskonały.
I po tygodniu, wraca dzisiaj ze szpitala Irena z upitolonym haluksem. W końcu!! Przecież z tym moim zidiociałym bratem, który robił w środku nocy tosty na swoich pięćdziesięciu ziomali z moich zakupów, tak że jak przytargałam wieczorem siatki jak stara baba, to w nocy lodówka pustoszała, a ja szłam głodna do pracy, to się z nim wytrzymać nie da. No nie da się! To jest opcja nieaktywna, po prostu święty z limitem cierpliwości tak dla dziesięciu osób, po jednym dniu pierdolnąłby aureolą o ziemię, i powiedział, że taki interes to on pier...
Dobrze, że trzecia latorośl, ta najgłupsza nawiasem mówiąc, jest w Anglii. Goodbye Lenin, nie tęsknimy. Zwłaszcza, jak dzwoni tu o 2 w nocy, żeby się dowiedzieć, co u nas.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz